o pierwszej pomocy

o pierwszej pomocy

Chris Driver

Rozgrzane słońcem powietrze nad parkingiem przy niemieckiej autostradzie A6 drżało od upału. Lipcowe popołudnie leniwie przechodziło w wieczór, ale asfalt wciąż oddawał nagromadzone przez cały dzień ciepło. Z kilkunastu otwartych okien kabin ciężarówek dobiegały ciche pomruki telewizorów albo monotonne głosy nawigacji satelitarnych, aktualizujących mapy na kolejny tydzień. Gdzieniegdzie, niczym miarowe uderzenia serca wielkich maszyn, ryczały agregaty chłodnicze, walcząc o utrzymanie temperatury w ładowniach. Nad całą tą betonową enklawą unosił się charakterystyczny zapach rozgrzanych opon, oleju napędowego i pieczonej kiełbasy z pobliskiego, przydrożnego baru.

Przy jednym z drewnianych stolików, w cieniu rzucanym przez rząd wysokich topoli oddzielających parking od ściany lasu, siedziało kilka osób. Na stole stał duży, plastikowy dzbanek z domową lemoniadą, w której pływały grube plastry cytryny i listki mięty, ufundowany przez barmankę z tutejszego lokalu, a obok niego talerz z drożdżówkami z kruszonką.

Głównym punktem grupy był Ferdek. Mimo blisko sześćdziesiątki na karku i widocznych w kącikach oczu głębokich zmarszczek od wieloletniego mrużenia oczu pod słońce, bił od niego spokój. Siedział w luźnej, bawełnianej koszulce, powoli obracając w dłoniach szklankę z chłodnym napojem. Obok niego miejsce zajęła Daria, energiczna trzydziestolatka jeżdżąca chłodnią na trasach hiszpańskich, wciąż jeszcze w roboczych spodniach, ale już w klapkach. Dalej siedział Mariusz, rosły, brodaty kierowca cysterny chemicznej, który rzadko się odzywał, ale jak już coś powiedział, to konkretnie. Naprzeciwko nich rozłożył się Tomasz – chłopak z „firanki”, który od dobrych dwudziestu minut masował sobie kark, klnąc pod nosem na korki pod Heilbronn. Skład stolika uzupełniali jeszcze Aneta, prowadząca od lat wielką lawetę z autami osobowymi, oraz Janusz, starszy wiekiem kierowca gabarytów, który właśnie skończył wypisywać kartę drogową.

– Mówię wam, myślałem, że tam utknę na wieki – odezwał się Tomasz, sięgając po drożdżówkę. – Trzy godziny stania. Gdzieś na przodzie dzwon, dwa pasy zablokowane. I wiecie, co jest najgorsze? Stoisz w tym korku, widzisz, że coś się stało, a człowiek nagle łapie taki dziwny paraliż. Z jednej strony ciągnie cię, żeby wysiąść, biec, pomóc... a z drugiej w głowie pustka. Co ja tam zrobię? Jeszcze pogorszysz sprawę.

Daria upiła łyk lemoniady i pokiwała głową. – Mam to samo, Tomek. Człowiek przechodzi te wszystkie szkolenia na prawo jazdy, klika testy, a jak przyjdzie co do czego, to w pamięci zostaje tylko numer sto dwanaście. Ostatnio na autostradzie pod Lyonem widziałam, jak osobówka otarła się o barierki i stanęła w poprzek. Zanim zaciągnęłam ręczny i pomyślałam o apteczce, serce miałam w gardle. Na szczęście gość wyszedł sam, ale ten strach, że nie będziesz wiedział, co zrobić, zostaje.

Mariusz poprawił się na ławce, aż drewno zatrzeszczało. – Bo my się boimy odpowiedzialności. Tego, że dotkniesz kogoś, uszkodzisz kręgosłup i potem prokurator cię zje. U nas w firmie od chemii niby kładą nacisk na ratownictwo, mamy te maski, kombinezony, całe BHP. Ale jak widzisz krew i krzyczącego człowieka, to chemia w mózgu działa inaczej niż instrukcja na papierze.

Wszyscy zamilkli na chwilę, a wzrok grupy naturalnie powędrował w stronę Ferdka. Starszy kierowca odstawił szklankę na stół i popatrzył na parking, gdzie właśnie powoli przetaczał się szwedzki zestaw.

– To, co mówicie, to żaden wstyd – zaczął cicho Ferdek, a jego niski, ciepły głos od razu skupił uwagę obecnych. – Strach i ten paraliż... to jest czysta biologia. Ludzkie ciało w ułamku sekundy dostaje taki strzał adrenaliny, że racjonalne myślenie po prostu się wyłącza. Sam to przeżyłem. Latach osiemdziesiątych, jeszcze na krajowej jedynce, jechałem starym Autosanem. Zima, szklanka na drodze. Przede mną maluch wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Powiem wam szczerze: stałem przy tych drzwiach i przez pierwsze trzydzieści sekund nie pamiętałem, jak się nazywam, a co dopiero mówić o wyciąganiu poszkodowanego.

– I co zrobiłeś? – zapytała Aneta, opierając łokcie o stół.

– Zrobiłem to, co intuicja podpowiedziała, choć dzisiaj wiem, że zacząłem od złej strony – odpowiedział Ferdek z lekkim uśmiechem samokrytyki. – Szarpałem za klamkę, zamiast najpierw zadbać o to, żeby nikt we mnie nie wjechał. Dopiero pasażer z autobusu, starszy facet, potrząsnął mną i mówi: „Kierowco, trójkąt, światła, bo nas tu zaraz wszyscy rozjadą”. To była moja pierwsza, twarda lekcja. Bezpieczeństwo własne. Jeśli sam zginiesz albo dostaniesz odłamkiem, nikomu już nie pomożesz. Staniesz się kolejnym poszkodowanym.

Janusz, który do tej pory milczał, potarł siwą brodę. – No dobrze, Ferdek, ale dzisiaj to wszystko poszło do przodu. Mamy telefony, GPS-y, apteczki lepsze niż kiedyś. Ale te opory w ludziach dalej są. Z czego to wynika? Specjaliści pewnie mają na to jakieś tabelki.

– Mają, Januszu, mają – pokiwał głową Ferdek. – Czytałem kiedyś taki raport przygotowany przez psychologów transportu i lekarzy pogotowia. Badania wyraźnie pokazują, że ponad siedemdziesiąt procent ludzi deklaruje chęć pomocy, ale kiedy przychodzi do działania na miejscu wypadku, ta liczba drastycznie spada. I najczęstszym powodem wcale nie jest znieczulica. To jest właśnie lęk przed popełnieniem błędu oraz tak zwany efekt widza. Im więcej ludzi stoi dookoła, tym mniejsza szansa, że ktoś pierwszy wyciągnie rękę, bo każdy myśli, że zrobi to ktoś inny, bardziej kompetentny.

– Dokładnie tak jest! – wtrącił Tomasz. – Widzisz tłumek ludzi i myślisz: „A, pewnie ktoś już dzwonił, pewnie tam jest lekarz”.

– A w praktyce często okazuje się, że pięć osób stoi i nagrywa telefonami, a nikt nie trzyma głowy rannemu – skwitowała gorzko Daria.

Ferdek westchnął cicho i spojrzał na Darii. – Niestety, telefony stały się plagą. Ale wracając do tego lęku o prawo, o którym mówił Mariusz. Warto to sobie jasno powiedzieć, bo te mity krążą na parkingach od lat i robią dużo złego. Przepisy w większości krajów europejskich, w tym w Polsce i tutaj, w Niemczech, chronią osobę udzielającą pomocy. Polskie prawo, konkretnie Kodeks karny, mówi wprost: nie popełnia przestępstwa ten, kto narusza dobro prawne w celu ratowania życia ludzkiego. Jeśli podczas reanimacji złamiesz komuś żebro – a uwierzcie mi, przy prawidłowym uciskaniu klatki piersiowej to się zdarza bardzo często, zwłaszcza u starszych osób – nikt cię za to nie skaże. Żadne sądy nie skazują ludzi za to, że próbowali ratować życie, nawet jeśli ich technika nie była idealna. Za to za nieudzielenie pomocy... za to już grożą realne kary więzienia. O tym trzeba pamiętać.

Mariusz pokiwał głową, trawiąc te słowa. – Złamać żebro... brzmi strasznie. Jak człowiek ma świadomość, że może zrobić komuś krzywdę, to aż ręce drżą.

– Mariusz – Ferdek spojrzał mu prosto w oczy, a jego głos stał się niezwykle poważny. – Pomyśl o tym w ten sposób. Jeśli człowiek ma zatrzymanie akcji serca, to on w tym momencie, biologicznie rzecz biorąc, nie żyje. Nie możesz mu już bardziej zaszkodzić. Twoje ręce, twoje uciskanie to jest jego jedyna szansa na powrót krwi do mózgu, dopóki nie przyjedzie profesjonalna karetka z defibrylatorem. Bez twojego ruchu ten człowiek nie ma żadnych szans. Złamane żebro się zrośnie. Śmierć mózgu z niedotlenienia jest nieodwracalna. Mózg bez tlenu wytrzymuje cztery, może pięć minut. Potem zmiany są nieodwracalne. Karetka na autostradzie, nawet przy idealnym korytarzu życia, rzadko kiedy dojedzie w pięć minut. To my, kierowcy, którzy jesteśmy na miejscu, jesteśmy tą pierwszą, najważniejszą linią obrony.

Na moment przy stoliku zapadła głęboka cisza. Słychać było jedynie daleki szum opon samochodów sunących po A6 i cichy śpiew jakiegoś ptaka ukrytego w gałęziach topoli. Słońce zaczęło już chować się za linią horyzontu, malując niebo na pomarańczowo-fioletowy kolor.

– A jak to jest z wyciąganiem z samochodu? – zapytała cicho Aneta. – Uczyli nas kiedyś, żeby nie ruszać, jeśli nie ma zagrożenia pożarem. Że kręgosłup, że paraliż...

– I to jest bardzo dobra zasada, Aneto – przytaknął Ferdek. – Jeśli poszkodowany jest przytomny, oddycha normalnie, nic nie płonie, nie ma wycieku paliwa, który zaraz może zająć auto, to najlepiej zostawić go w środku. Rozmawiać z nim, stabilizować mu głowę, dbać o komfort psychiczny i termiczny. Ale jeśli nie oddycha, albo jeśli auto zaczyna się palić, to kręgosłup schodzi na drugi plan. Wtedy liczy się każda sekunda. Wyciągamy chwytem Rauteka – to taki specjalny sposób, gdzie łapiesz faceta pod pachami za jego własne przedramię i opierasz jego plecy o swoją klatkę piersiową. Wtedy w miarę chronisz ten kręgosłup, a masz siłę, żeby wywlec nawet kogoś postawnego.

– Łatwo mówić, trudniej zrobić – westchnął Tomasz. – Ja raz widziałem wypadek na litewskiej granicy. Zwykłe potrącenie pieszego na pasach. Dziewczyna leżała na asfalcie. Ludzie biegali, krzyczeli, ktoś przyniósł koc. Kompletny chaos. Nikt nie wiedział, kto ma dzwonić, co mówić dyspozytorowi.

Ferdek uśmiechnął się lekko i sięgnął po szklankę lemoniady, upijając mały łyk. – Chaos to wróg numer jeden. Dlatego tak ważne jest wyznaczenie lidera. Jeśli wy jesteście na miejscu, przejmijcie dowodzenie. Nie krzyczcie w próżnię: „Niech ktoś zadzwoni po karetkę!”. Bo wtedy nie zadzwoni nikt. Trzeba wskazać palcem konkretnego człowieka. „Pan w czerwonej kurtce, proszę dzwonić pod sto dwanaście i powiedzieć, gdzie jesteśmy”. „Pani w okularach, proszę przynieść apteczkę z mojego samochodu”. Ludzie w szoku potrzebują prostych, żołnierskich rozkazów. Wtedy ten paraliż z nich schodzi, bo dostają zadanie do wykonania.

– A sama rozmowa z operatorem? – zapytała Daria. – Przecież w stresie człowiek zapomina, na którym kilometrze stoi.

– Od tego mamy teraz technologię, chociaż tradycyjne metody wciąż są najpewniejsze – wyjaśnił Ferdek. – Na autostradach czy drogach ekspresowych co sto metrów stoją słupki pikietażowe. Te małe, białe tabliczki z numerem drogi i kilometrem. To jest pierwsza rzecz, którą dyspozytor musi usłyszeć. Gdzie jesteśmy i w jakim kierunku jechaliśmy. Bo co z tego, że powiesz „między węzłem A a B”, skoro wypadek jest za barierami po drugiej stronie i karetka będzie musiała nadrabiać dwadzieścia kilometrów do najbliższego zjazdu? Najpierw gdzie, potem co się stało, ilu jest rannych i czy oddychają. I nigdy, zapamiętajcie to sobie, nigdy nie rozłączamy się pierwsi. To dyspozytor kończy rozmowę, kiedy wie już wszystko.

Mariusz oparł się ciężko o stół. – Wiecie co? Tak słucham tego wszystkiego i myślę sobie, że my jako kierowcy zawodowi w ogóle za mało o tym rozmawiamy. Przerzucamy się opowieściami o stawkach za kilometr, o dziadowskich firmach, o tym, gdzie są dobre prysznice... a o tym, jak uratować komuś życie na drodze, milczymy. Jakby to nas nie dotyczyło. A przecież my na tym asfalcie spędzamy połowę życia.

– To prawda, Mariusz – przytaknął Janusz. – Ja za swoich czasów na gabarytach widziałem niejedno. Raz chłopak na motocyklu wjechał pod moją naczepę pilotażową. Dobrze, że pilot był po kursie ratownika medycznego, bo natychmiast założył stazę taktyczną na nogę. Gdyby nie to, chłopak wykrwawiłby się w trzy minuty. Od tamtej pory sam wożę taką opaskę uciskową w bocznej kieszeni drzwi. Kosztuje parę groszy, a jeść nie woła.

Ferdek spojrzał na Janusza z uznaniem. – I to jest właśnie to, o czym specjaliści od bezpieczeństwa trąbią od lat. Apteczka w samochodzie to nie jest element dekoracyjny do przejścia przeglądu technicznego. Standardowa apteczka unijna, ta z normą DIN 13164, ma wszystko, co potrzebne do zabezpieczenia ran: mnóstwo rękawiczek, bandaży, chusty opatrunkowe, nożyczki, którymi utniesz pasy bezpieczeństwa, i folię termiczną, NRC. Ta folia to złoto. Ludzie w szoku, po utracie krwi, wychładzają się w błyskawicznym tempie, nawet w taki upał jak dzisiaj. Okrycie poszkodowanego srebrną stroną do ciała ratuje mu życie, chroni przed wstrząsem termicznym.

– A sztuczne oddychanie? – zapytał Tomasz, drapiąc się po głowie. – Bo teraz jedni mówią, żeby robić, inni, żeby tylko uciskać. Sam już nie wiem, jak to w końcu jest. Przepisy albo wytyczne się pozmieniały?

– Zmieniły się, Tomek, i to na korzyść dla takich jak my, którzy nie robią tego na co dzień – odpowiedział spokojnie Ferdek. – Europejska Rada Resuscytacji już parę lat temu wyraźnie wskazała: jeśli z jakichkolwiek powodów – braku maseczki, obrzydzenia, barier psychicznych czy widocznych urazów twarzy – nie chcesz albo nie możesz robić wdechów usta-usta u osoby dorosłej, to ich nie rób. Najważniejsze, kluczowe wręcz, jest ciągłe, nieprzerwane uciskanie klatki piersiowej. Trzydzieści uciśnięć, mocno, na głębokość około pięciu centymetrów, w tempie sto do stu dwudziestu razy na minutę. Wiecie, jaki to rytm?

– Taki jak w tej piosence Bee Gees, „Stayin' Alive” – rzuciła szybko Daria z uśmiechem.

– Dokładnie tak, Daria – zaśmiał się cicho Ferdek. – Albo „Jedzie pociąg z daleka”. Rytm jest kluczowy. Uciskanie powoduje, że krew wciąż krąży i dostarcza resztki tlenu do mózgu. I robimy to bez przerwy, dopóki chory się nie poruszy, dopóki nie przyjedzie pogotowie, albo dopóki sami nie opadniemy z sił. A wierzcie mi, to jest potworny wysiłek fizyczny. Po pięciu minutach człowiek ledwo zipie. Dlatego jeśli przy wypadku jest ktoś jeszcze, trzeba się zmieniać co dwie minuty. Bez dyskusji, sprawna zmiana i jedziemy dalej.

Aneta westchnęła głęboko i popatrzyła na swoje dłonie. – Obyśmy nigdy nie musieli tej wiedzy sprawdzać w praktyce. Ale dobrze to słyszeć od ciebie, Ferdek. Człowiek jakoś tak... pewniej się czuje, jak zrzuci z siebie te wszystkie mity o sądach i o tym, że usta-usta to mus.

– Najważniejsze to się nie bać – podsumował Ferdek, opierając się o oparcie ławki. – Pamiętajcie o jednej rzeczy. Pierwsza pomoc to nie jest operacja na otwartym sercu. Tu nie chodzi o bycie profesorem medycyny. Tu chodzi o proste, mechaniczne czynności: zadzwonić, zabezpieczyć miejsce, ucisnąć klatkę, zatamować mocny krwotok, okryć folią i po prostu być przy tym człowieku. Trzymać go za rękę, mówić do niego, żeby wiedział, że nie jest sam. Psychika w takim momencie robi niesamowitą robotę. Jeśli poszkodowany słyszy spokojny głos, jego tętno zwalnia, stres maleje, a to zmniejsza krwawienie i daje mu większe szanse na przeżycie.

Cienie topoli wydłużyły się tak bardzo, że niemal całkowicie pokryły parking. Nad placem powoli zapalały się wysokie latarnie, rzucając żółte, ciepłe światło na dachy kabin ciężarówek. Ruch na autostradzie odrobinę osłabł, a powietrze stało się przyjemnie rześkie.

Tomasz wstał jako pierwszy, przeciągając się mocno. – Dobra, pany i panie. Czas na mnie. Pauza sama się nie wykręci, a jutro o piątej rano ruszam w stronę Stuttgartu. Dzięki za rozmowę i za lemoniadę. Ferdek, szacunek jak zawsze.

– Trzymaj się, Tomek. Szerokości – odpowiedział starszy kierowca.

Pozostali uczestnicy spotkania również powoli zaczęli zbierać swoje rzeczy. Aneta dopiła resztkę napoju, Mariusz skinął głową na pożegnanie i ruszył w stronę swojej lśniącej cysterny, a Daria zebrała puste szklanki, by odnieść je do baru.

Ferdek został przy stoliku sam jeszcze przez chwilę. Spojrzał na pusty dzbanek, potem na rząd zaparkowanych wzdłuż krawężnika zestawów, w których powoli zapalały się małe lampki do czytania. Wyciągnął z kieszeni telefon, sprawdził budzik na kolejny dzień, po czym wstał spokojnie, poprawił koszulkę i powolnym krokiem ruszył w stronę swojego DAF-a, wsłuchując się w miarowy, usypiający szum pobliskiej autostrady.

Report Page