o alkoholu

o alkoholu

Chris Driver

Deszcz tłukł o plastikowy daszek nad ogródkiem w przydrożnym barze „U Ryśka” przy drodze krajowej nr 92. Zapach smażonej karkówki, taniego odświeżacza o zapachu leśnym i parującej z asfaltu deszczówki tworzył ten specyficzny, mieszany klimat, który każdy kierowca zawodowy zna aż za dobrze.

Ferdek odstawił ciężki, gruby kubek z czarną kawą na porysowany, drewniany stół. Kawę parzył po swojemu: dwie czubate łyżeczki sypanej, zalane wrzątkiem do trzech czwartych wysokości, bez cukru. Na stole obok leżała na wpół zjedzona drożdżówka z makiem.

Obok niego siedział Bartek – chłopak na oko dwudziestoczteroletni, z zaciętą miną i czerwonymi od zmęczenia oczami. Bartek od trzech miesięcy jeździł na podmiejskich liniach i wciąż próbował udowodnić całemu światu, że da radę zrobić każdą trasę, w każdych warunkach. Na blacie przed Bartkiem stała puszka słynnego energetyka z wizerunkiem czarnej czaszki i fluorescencyjnym napisem „EXTREME POWER”, a obok niej pusta puszka po drugim takim samym napoju.

Trzecim przy stole był Roman. Roman miał pod pięćdziesiątkę, wąs zżółknięty od tytoniu i dłonie popękane od smaru i kierownicy. Jeździł w firmie na turystyce, przepracował w chłodniach i autobusach pół życia, a do wszystkiego co młode odnosił się z góry, choć bez złośliwości.

– Zostaw to cholerstwo, Bartek – burknął Roman, wskazując brodą na puszkę. – Serce ci klatkę rozwali na trzecim przystanku, a w lusterku zamiast pasażerów będziesz widział białe myszy.

– Nie gadaj, Romek – odparł Bartek, nie podnosząc wzroku spod ekranu telefonu. – Dwa dni z rzędu miałem nockę, potem zmiana na rano, bo Krzysiek poszedł na L4. Gdyby nie to, to bym w ogóle nie wstał. To mnie trzyma na nogach.

– Trzyma na nogach – przedrzeźniał go Roman. – Trzyma, dopóki ci ciśnienie nie skoczy do dwustu i nie wylądujesz na krawężniku. Ferdek, powiedz mu coś, bo młody myśli, że jest z żelaza.

Ferdek uśmiechnął się lekko, ujął kubek w obie dłonie i powoli obrócił go w palcach.

– Żelazo też pęka, jak je przehartujesz, Romek – powiedział spokojnie Ferdek. – Ale prawda jest taka, że sam kiedyś myślałem, że jestem nie do zajechania. Jak miałem trzydzieści lat, jeździłem na trasy do Francji. Wtedy nie było takich obostrzeń na tachografach jak teraz. Człowiek brał termosy, litry mocnej herbaty, a jak przychodziło załamanie, to się piło colę zapijaną kroplami żołądkowymi, bo ktoś na bazie powiedział, że to stawia na nogi.

– I stawiało? – zapytał Bartek, chowając telefon do kieszeni.

– Stawiało na pół godziny. A potem przychodził taki zjazd, że na prostym odcinku drogi widziałem, jak las po prawej stronie zaczyna się kłaniać. Raz zjechałem na pobocze tylko dlatego, że wydawało mi się, że na środku pasa stoi wielki, czarny pies. A tam nic nie było. Tylko zmęczenie, które oszukało mózg.

Ferdek umilkł na chwilę. Zza ściany baru dobiegł warkot podjeżdżającego TIR-a, a potem pisk pneumatycznych hamulców. Woda z kałuży na parking usiadła mgłą na szybie.

– Z energetykami jest ten problem, Bartek – kontynuował Ferdek – że one nie dają ci nowej energii. One tylko biorą pożyczkę z twojego organizmu. Wysoki procent, natychmiastowa spłata. Zabierasz energię z następnego dnia i wrzucasz w ten moment. A jak efekt mija, zostajesz z niczym. Z głową, która reaguje pół sekundy wolniej. A pół sekundy przy pięćdziesięciu na godzinę to jest parę metrów toczenia się bez żadnej kontroli.

– E tam, pół sekundy – mruknął Bartek, ale zepchnął puszkę nieco dalej od siebie. – Lepsze to niż piwo.

– No jasne, że lepsze – prychnął Roman, zapalając papierosa pod tabliczką „Zakaz palenia”, z której i tak nikt tu nic sobie nie robił, bo deszcz zacinał z boku. – Choć i tacy się trafiają, co uważają, że jedno piwo do obiadu to jak herbata.

– Niestety, trafiają się – odpowiedział Ferdek, a jego głos zauważalnie stwardniał. – I to nie tylko w anegdotach. Pamiętacie przypadek z Warszawy, z dwa tysiące dwudziestego roku? Ten autobus miejski, co spadł z wiaduktu na moście Grota-Roweckiego?

Wszyscy trzej umilkli na moment. Temat był w branży wałkowany setki razy, ale zawsze wywoływał to samo ciążące milczenie.

– Pamiętam – odpowiedział cicho Roman. – Młody chłopak prowadził. Zginęła jedna kobieta, paru ludzi ciężko rannych.

– No właśnie – dodał Ferdek. – Śledztwo wykazało potem, że był pod wpływem amfetaminy. I to nie tak, że wziął chwilę wcześniej. Zarywał nocki, brał, żeby ustać na nogach w pracy, bo brał dodatkowe zmiany. Myślał, że oszuka organizm i system. Skończyło się tragedią, zniszczonym życiem ludzkim i wyrokiem. Amfetamina, energetyki, alkohol... To wszystko jest z tej samej rodziny, jeśli chodzi o podejście kierowcy. Myślenie: „ja kontroluję sytuację”.

– Z alkoholem to w ogóle nie ma dyskusji – wtrącił Bartek, kręcąc głową. – Przecież teraz są takie rygory na zajezdniach, że jak w wydychanym masz cokolwiek, to wylecieć to mało. Dmuchasz przed każdym wyjazdem.

– Teraz tak – zgodził się Ferdek. – Ale alkohole mają to do siebie, że siedzą w człowieku dłużej, niż mu się wydaje. Pamiętacie zdarzenie z Kamienia Pomorskiego? Dwa tysiące czternaście rok. Kierowca osobowego wjechał w grupę pieszych na chodniku. Zginęło sześć osób, w tym dziecko. Miał ponad dwa promile we krwi. Zaczęło się od imprezy poprzedniego wieczoru. On pewnie rano myślał, że już „przespał” i jest w stanie prowadzić.

– Dwa promile rano? To musiał pić do świtu – zauważył przytomnie Roman.

– Pewnie tak – kiwnął głową Ferdek. – Ale punkt jest inny: człowiek po alkoholu nie ma pojęcia, jak bardzo obniża się jego zdolność oceny odległości i czasu reakcji. Wydaje mu się, że jedzie wolno, a jedzie za szybko. Wydaje mu się, że zmieści się na krawężniku, a wjeżdża w ludzi. I nie trzeba dwóch promili. Wystarczy tak zwany „stan po spożyciu”, te piętnaście czy dwadzieścia setnych promila rano, po imieninach u szwagra. Odruchy są opóźnione. A jak prowadzisz osiemnaście ton stali z pięćdziesięcioma pasażerami na pokładzie, nie masz prawa do ani jednej setnej sekundy opóźnienia.

Deszcz nieco zelżał, zamieniając się w gęstą mżawkę. Z baru wyszła kelnerka, zebrała ze sąsiedniego stolika puste talerze po flakach i rzuciła krótkie: „Cześć, Ferdek”, na co ten tylko uniósł lekko dłoń w geście pozdrowienia.

Bartek siedział ze spuszczoną głową, przesuwając palcem po krawędzi blatu.

– No dobrze, Ferdek – odezwał się w końcu chłopak. – Ale co masz zrobić, jak po prostu padam na pysk, a muszę dojechać do końca zmiany? Przecież nie stanę na środku skrzyżowania i nie powiem: „przepraszam pasażerów, idę spać”.

– A dlaczego nie? – zapytał spokojnie Ferdek.

Bartek spojrzał na niego z zaskoczeniem, jakby starszy kierowca powiedział największą niedorzeczność świata.

– Jak to: dlaczego nie? Przecież dyspozytor by mnie zjadł. Zgłoszenie, kara finansowa, wstyd przed ludźmi...

– Lepiej, żeby cię zjadł dyspozytor, niż żebyś ty wjechał w tył ciężarówki albo w pieszych na przejściu – odpowiedział stanowczo Ferdek. – Słuchaj mnie uważnie, bo powiem ci coś, co sam zrozumiałem dopiero po dwudziestu latach za kółkiem. Zawsze, ale to zawsze ważniejsze jest to, żebyś wracał do domu żywy i żeby twoi pasażerowie wracali żywi, niż pędzel w papierach u kierownika transportu. Jeżeli czujesz, że odjeżdżasz, że zamykają ci się oczy i żaden energetyk ani zimny nawiew już nie pomaga – zjeżdżasz na najbliższy bezpieczny przystanek albo zatokę. Dzwonisz na centralę i mówisz wprost: „Nie jestem w stanie bezpiecznie kontynuować jazdy ze względu na stan fizyczny”.

– I co oni na to? – dopytywał Bartek.

– Przyporządkują rezerwę. Pokrzyczą, ponarzekają, może cię wezwą na dywanik. Ale ty żyjesz, pasażerowie są cali, a autobus jest nieskoszony. W dziewięćdziesięciu pięciu procentach przypadków po ochłonięciu szef sam przyzna ci rację, bo wie, czym grozi wypadek z udziałem autobusu miejskiego.

Roman pociągnął ostatni raz z papierosa, zdusił niedopałek w popielniczce i splunął w bok.

– Ferdek ma rację, młody – powiedział tonem wypranym z wcześniejszej zgryźliwości. – Mój szwagier jeździł na międzynarodówce. Też brał „dopalacze”, sproszkowane tabletki z kofeiną, popijał to jakimiś syropami z apteki, bo chciał zrobić jeszcze jeden kurs przed świętami. Wjechał pod barierki na autostradzie w Niemczech. Autobus bez pasażerów, wracał na pusto, więc chociaż nikomu innemu nic się nie stało. Ale sam leżał w szpitalu cztery miesiące. Nogi mu poskładali, ale do zawodu już nie wrócił. I po co to było? Dla tych pięciuset złotych premii za nadgodziny?

Ferdek spojrzał na zegarek. Była dziesiąta piętnaście. Za piętnaście minut musiał zameldować się przy swoim pojeździe, by odpalić silnik i zrobić codzienną kontrolę przed wyjazdem na trasę do Poznania.

– Z używkami jest jeszcze jedna rzecz, o której się nie mówi – dodał Ferdek, podnosząc się powoli z ławki. – One oszukują poczucie strachu. A kierowca, który przestaje się bać drogi, staje się zagrożeniem. Strach i respekt do masy pojazdu – to są twoi najlepsi przyjaciele za kierownicą. Jak wypijesz za dużo kawy, za dużo energetyków albo weźmiesz cokolwiek innego, zaczyna ci się wydawać, że jesteś niezniszczalny. Zaczynasz wyprzedzać na trzeciego, wjeżdżać na żółtym, ignorować pieszych na pasach. A droga nie wybacza takiej pewności siebie. Nigdy.

Bartek wstał również. Spojrzał na pełną puszkę ze szkieletem, wziął ją do ręki, pomyślał chwilę i wrzucił do kosza na śmieci stojącego obok stolika.

– Czarna kawiarka na bazie jeszcze działa? – zapytał, patrząc na Ferdka.

– Działa – uśmiechnął się słabo Ferdek, klepiąc młodego po ramieniu. – I zrobimy ci normalną, czarną kawę. A potem pójdziesz do kierownika i powiesz, że w przyszłym tygodniu nie bierzesz podwójnych zmian, bo musisz się wyspać. A jak będzie kręcił nosem, to poślij go do mnie. Ja mu wyjaśnię parę spraw z zakresu BHP i zwykłego rozsądku.

Roman zaśmiał się cicho pod wąsem.

– No, to ja bym chciał to widzieć. Ferdek jak zacznie tłomaczyć BHP, to kierownik sam idzie na zwolnienie.

Deszcz prawie przestał padać. W powietrzu czuć było zapach mokrej trawy i oleju napędowego. Trzej mężczyźni ruszyli niespiesznie w stronę placu, gdzie w równych rzędach stały zaparkowane niebiesko-żółte autobusy. Z dystansu wyglądały jak uśpione, wielkie metalowe bryły, czekające tylko na to, aż ktoś przekręci kluczyk w stacyjce i tchnie w nie życie na kolejne kilkaset kilometrów.

Report Page