o Ferdku
Chris DriverKiedy człowiek zostawi za sobą miliony kilometrów, a asfalt zaczyna mu się śnić częściej niż rodzinny dom, przychodzi taki moment, że samo kręcenie kółkiem przestaje wystarczać. Przez te wszystkie lata – najpierw na „patelniach”, „szmatach” i „lodówkach” w ruchu międzynarodowym, a także jako kierowca autobusów turystycznych, miejskich, podmiejskich i na SEV widziałem niemal wszystko. Widziałem ewolucję tej branży od podszewki. Od czasów, gdy granicę mijało się z duszą na ramieniu, grubym plikiem dokumentów celnych i markami zachodnioniemieckimi wciśniętymi między strony paszportu, aż po dzisiejszą erę cyfrowych tachografów, wszechobecnego GPS-u, satelitarnego śledzenia ładunków i inteligentnych asystentów jazdy, którzy czasem pomagają, a czasem potrafią doprowadzić człowieka do szewskiej pasji.
Praca na tak różnych stanowiskach dała mi perspektywę, której brakuje wielu czysto „ciężarowym” albo czysto „autobusowym” szoferom. Ktoś, kto całe życie spędził wyłącznie na międzynarodówce w ciągniku siodłowym z naczepą, patrzy na drogę zupełnie inaczej niż facet, który musiał manewrować przegubowym autobusem miejskim w godzinach szczytu przez ciasne, zastawione osobówkami centra europejskich metropolii. Albo ktoś, kto na wspomnianym SEV-ie musiał nagle, w środku nocy, zastąpić zablokowany pociąg i przewieźć kilkuset zdezorientowanych podróżnych przez lokalne, kręte drogi, gdzie szerokość jezdni ledwo przekraczała gabaryty mojego pojazdu. Z kolei turystyka autokarowa to jeszcze inna szkoła życia – tam nie masz za plecami martwych palet, które na zakręcie najwyżej lekko się przesuną. Masz żywych ludzi. Odpowiadasz za ich komfort, spokój i – przede wszystkim – bezpieczeństwo, będąc jednocześnie kierowcą, psychologiem, przewodnikiem i pierwszą linią obrony przed wszelkimi kryzysami na trasie.
Dla wielu młodych chłopaków i dziewczyn, którzy dopiero co odebrali z urzędu świeżutki plastik z wbitymi kategoriami C, C+E czy D, stałem się kimś w rodzaju punktu odniesienia. Nie mówią do mnie „Guru”, mówią po prostu „Ferdek”. Znamy się z baz, z parkingów, z grup dyskusyjnych i z czystych, życiowych sytuacji na szosie. Ale faktem jest, że czasem traktują mnie jak guru. Przychodzą po radę, dzwonią, gdy stoją pod rampą we Francji czy na ringu wokół Antwerpii i nie wiedzą, jak ugryźć temat czasu pracy albo konfliktowego spedytora. Nie dzieje się tak dlatego, że pozjadałem wszystkie rozumy i uważam się za nieomylnego profesora nauk transportowych. Moja wiedza nie wzięła się z suchych podręczników czy nudnych szkoleń okresowych, które większość z nas zalicza tylko po to, żeby podbić pieczątkę w dokumencie. Moja wiedza jest usłana bliznami, mandatami, zerwanymi nockami i hektolitrami wypitej, podłej kawy z automatów.
Wynika to z prostego faktu: ja niektóre błędy, przed którymi ich dzisiaj z taką stanowczością ostrzegam, popełniłem osobiście piętnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia pięć lat temu. Wiem, jak to jest zaryzykować jazdę „na odcięciu”, żeby zdążyć przed weekendowym zakazem, i wiem, jak bardzo potrafi wtedy drżeć noga na pedale gazu. Nie jestem jednak alfą i omegą – niektórych błędów nie popełniłem sam, ale byłem ich naocznym świadkiem. Widziałem na własne oczy, do jakich tragedii doprowadza rutyna, skrajne przemęczenie czy zwykła, ludzka głupota podsycana presją czasu ze strony bezwzględnych dyspozytorów. Widziałem zestawy rozbite na pasach awaryjnych, bo kierowca na ułamek sekundy zamknął oczy, i widziałem pożary opon spowodowane zablokowanymi zaciskami, których nikomu nie chciało się sprawdzić przed wyjazdem z bazy. O innych sytuacjach słyszałem bezpośrednio od naocznych świadków – starszych stażem kolegów, inspektorów czy ratowników, którzy z niejednego pieca chleb jedli i dzielili się ze mną tymi wstrząsającymi historiami ku przestrodze, na parkingach od Lizbony po Helsinki. A o jeszcze innych, rzadszych, nietypowych przypadkach awarii, skomplikowanych kruczkach prawnych w międzynarodowym prawie przewozowym czy specyficznych wypadkach wynikających z praw fizyki, po prostu przeczytałem w branżowych analizach, raportach powypadkowych i literaturze fachowej, którą wertuję w wolnych chwilach.
Do tej pory moje „kazania” i analizy ograniczały się do luźnych rozmów przy kawie z termosu, na plastikowych, łamliwych krzesłach rozstawionych pod naczepą w niedzielne popołudnie, albo przez CB radio, gdy nocna zmiana dłużyła się niemiłosiernie, a oczy same odmówiłyby posłuszeństwa bez żywego kontaktu z drugim człowiekiem. Ale świat idzie do przodu, a technologia daje nam narzędzia, których grzechem byłoby nie wykorzystać. Zrozumiałem, że to, co tam mówimy w wąskim gronie na Autogrillem czy Rasthofie, znika wraz z poranną mgłą i odgłosem odpalanego o świcie silnika V8. Ludzie odjeżdżają, zapominają o dobrych radach pod wpływem bieżącego stresu, a te same, fundamentalne problemy wracają jak bumerang.
Dlatego podjąłem męską decyzję. Będę to wszystko opisywał. Systematycznie, bez cenzury, bez owijania w bawełnę i bez politycznej poprawności, której w dzisiejszych mediach jest aż nadto. Będę zdradzał realne miejsca, imiona moich rozmówców oraz faktyczne kulisy naszych dyskusji. Transport to nie są ładne, wyretuszowane obrazki z Instagrama czy TikToka o „wolności, podróżach i romantycznych zachodach słońca nad oceanem”. To jest brutalna, twarda matematyka kosztów, to jest głęboka psychologia tłumu i samotności, to jest codzienna walka z własnym organizmem, a przede wszystkim – to są bezwzględne, bezduszne paragrafy przepisów krajowych i unijnych, które potrafią zniszczyć karierę lub firmę w mgnieniu oka.
Chcę, żeby te opowieści były przestrogą, ale i drogowskazem. Chcę poruszać tematykę szeroko pojętego bezpieczeństwa na drodze – od techniki jazdy i zabezpieczenia ładunku, przez aspekty prawne aż po kwestie psychologiczne i społeczne, o których tak rzadko mówi się głośno. Dotkniemy też tematów finansowych, bo przecież nikt z nas nie jeździ dla idei – każdy chce zarobić, ale sztuką jest zrobić to tak, by nie zapłacić za ten zarobek najwyższej możliwej ceny.
Trzymajcie się ramy, sprawdzajcie zabezpieczenia i bójcie się głupoty, nie kontroli. Niedługo pojawi się pierwsze opowiadanie.