Zaszaleli w pracy

Zaszaleli w pracy




🔞 KLIKNIJ TUTAJ, ABY UZYSKAĆ WIĘCEJ INFORMACJI 👈🏻👈🏻👈🏻

































Zaszaleli w pracy
Gabryś ma swojego Hirka (nic tam, że prawie osiwiałam przez tą przeklętą "ciuchcie" - musiałam zamawiać na ebay, bo w Polsce jest nieosiągalna), swojego Wesołego Rogera, komplet figurek z Jake i Piratów i kilka innych drobiazgów. 
Rodzice dostali od nas kalendarz ze zdjęciami Gabrysia (już zawisł w reprezentacyjnym miejscu, hehe).
Teraz zostało już tylko świętowanie.
P.S. Nie sądziłam, że takie "zgodne" z nas małżeństwo... ;) Otóż ja i S. kupiliśmy sobie prezenty w tym samym sklepie (i tego samego dnia). ;)))
W niedzielę pojechaliśmy do Przystanku Świętego Mikołaja do Drzewiny. Cała "wyprawa" była dla Gabrysia nie lada niespodzianką. Droga była koszmarna (skutki Ksawerego), ale po niecałej godzince byliśmy już na miejscu. Mina Gabrysia - bezcenna. Jego zaangażowanie "w przygodę" - 200%. Syn mój jest idealnym dzieckiem na wszelkie wyprawy - maksimum zaangażowania, cierpliwości i chęci. Jest nie do zdarcia i zawsze jest nastawiony na wykorzystanie wszystkich możliwych atrakcji ;) Anioł, nie dziecko. 
Choć atrakcji w Drzewinie nie ma zbyt wielu, to (naszym zdaniem) dla 5-ciolatka jest ich wystarczająco. Gabryś:
- odwiedził żywą szopkę, gdzie za nic nie chciał się zgodzić na zdjęcie z osiołkiem; 
- wysłuchał opowieści o Laponii (mieszkańcy, wierzenia itd.); 
- napił się magicznego napoju przygotowywanego przez Panią Mikołajową w namiocie Koota (btw. napój nazywa się "berry juice") po którym podobno miał się stać grzeczniejszy; 
-siedział na kolanach Świętego Mikołaja;
- wybrał sobie pamiątkę (i to nie jakiś duperelek, a świecznik na tealighty - piernikowy Mikołaj).
Po 2 godzinach zabawy nadeszła pora na kolejną niespodziankę - wizytę u dziadków. ;) 
Przygotowania do tego dnia były w tym roku wyjątkowo długie... ;) Długo szukaliśmy ciekawych prezentów dla Gabrysia w rozsądnej cenie (w końcu to tylko Mikołajki). Wbrew pozorom wyboru w sklepie nie ma żadnego. Naprawdę ciekawych zabawek jest jak na lekarstwo (a niektóre mają po prostu kosmiczne ceny - w internecie te same zabawki potrafią być nawet do 50% tańsze niż w stacjonarnych sklepach!). Nam udało się znaleźć perełki. ;)
Na Pomorzu mamy taką tradycję, że Mikołaj przynosi do buta drobne upominki (słodycze, ew. zabawki). Przed snem Gabryś wyszorował swoje kozaki, ustawił je na parapecie i wysprzątał pokój. 
A teraz wybaczcie ale pora udać się na spoczynek. Ewidentnie czuję to winko, które wypiłam pod nieobecność męża... Do tego 2 godziny z siostą na tel i ... oj... ;)

Watermark theme. Powered by Blogger .


Panna Młoda: turkish version Zgodnie z danymi TurkStat’u, maleje liczba małżeństw zawieranych w Turcji. Spada również liczba rozwodów (odpowiednio: 636 par ZAwiązało, a 93 ROZwiązało związki – dane na rok 2006). Najwięcej rozwodów: rejon morza Egejskiego. Zaraz potem Stambuł i zachodnia Anatolia. Prawie połowa rozwodów (42,6 %) ma miejsce w ciągu pięciu lat od zawarcia małżeństwa (zaskoczenie to żadne, prawda?) Kiedy Turcy/Turczynki żenią się/wychodzą za mąż? Średnia dla mężczyzn: 26,1 lat; dla kobiet: (tak, tak… o kilka lat niższa) 22,8. Najpóźniej żenią się mężczyźni z północno-wschodniej Anatolii oraz Stambułu (nieco wyższa średnia: 26,9 oraz 26,8). Na późniejsze zamążpójście pozwalają sobie również kobiety mieszkające w Stambule (23,6) (co te wielkie miasta robią z ludźmi…) Najwcześniej wchodzą w związki małżeńskie mieszkańcy środkowej Anatolii (24,9 – mężczyźni, 21,5 – kobiety). Największa różnica wieku według płci występuje na terenie północno-wschodniej Anatolii i wynosi – (ups) – cztery lata. Na wypadek, gdyby to kogoś interesowało.




Co: Polonezköy (wieś polska) / Adampol (od imienia księcia Adama Czartoryskiego)
Gdzie: daleko, daleko… daleko
Dojazd: autobusem do Beykoz – potem wedle własnej kreatywności (taksówka, autostop, rower, spacer, sanki…)



Ponieważ z Polakami spokojnie być nie może, zwyciężyła wersja z autostopem.

Mimo mojego dalece posuniętego sceptycyzmu (starość nie radość), chętny do zabrania czwórki zbłąkanych na obrzeżach Beykozu turystów znalazł się szybko (w niecały kwadrans). Taksówkarz nie zarobił więc na nas ani kuruşa (a miałby ze 30 lira za taką trasę…). Życzliwy kierowca: czarne BMW (nienowe), czarna skóra (odzienie kierowcy, znaczy się). W sam raz na piątkowy poranek.

Jest zielono. Las jest. drzewa są. Łąki malowane. Chyba mnie nawet ocuciło za mocno świeże powietrze, bo coś załomotało w klatce i zakręciło się w głowie (minusy zamieszkiwania centrum ponad 15-sto milionowego miasta… i pomyśleć, że niektórzy biegają wzdłuż mojej głównej ulicy każdego ranka, dotleniając, tudzież odtleniając swoje płuca…).
Boza czeka na swoich fanów. Osobiście nie przepadam. I nie polecam (obok był salep…)
Pierre Loti Co: Kawiarnia nazwana imieniem i nazwiskiem francuskiego pisarza – miejsce odwiedzane obowiązkowo przez turystów Gdzie: Eyüp Jak: min. autobus 55 T (z placu Taksim, stąd literka T – informacja niezwykle użyteczna, tak, tak…) Po co: bo widoki ładne (Haliç) Uznałam wczoraj, że to jedno z miejsc, o które w Stambule zahaczyć trzeba. Poza tym warto, bo widoki ponoć niezapomniane. Poza tym wypadałoby, jeśli było się już trzy razy na takiej choćby „głupiutkiej” ulicy francuskiej (którą swoją drogą uwielbiam… ale nie za często, tylko na SPECJALNE okazje). Wycieczka do kawiarni Pierre Lotti. Piąta po południu. Dwie godziny do iftaru. (czyli posiłku po zachodzie słońca – Ramazan trwa…). Niezapomniany autobus 55 T (Gaziosman Paşa…). I ponadgodzinny korek, który spowodował zmianę planów. Przy odrobinie dobrych chęci (naszych i taksówkarza) doczłapalibyśmy zziajani na ostatnie sekundy zachodu słońca. Widok z kawiarni Pierre Lotti chciałam jednak podziwiać za dnia, dlatego sztandarowy punkt programu każdego szanującego się turysty został tymczasowo wykreślony (nawet krótko-czasowo tymczasowo, bo do przyszłego weekendu…). W zamian poszwędaliśmy się po centrum Eyüp, na kwadrans przed iftarem. Rodziny gromadziły się w restauracjach. Rodziny gromadziły się na trawnikach. Rodziny gromadziły się na każdym najmniejszym skrawku ziemi, który mógł zostać zagospodarowany. W celach rekreacyjno – gastronomicznych. Nie widziałam czegoś podobnego w Kayseri. Może z powodu odizolowania „kampusową rzeczywistością”. A może po prostu nie spacerowałam nigdy w niedzielę w porze iftaru po centrum miasta… Centrum kulturalne dzielnicy Eyüp robi wrażenie. W czasie Ramazanu można tu kupić wszystko: od strojów w stylu osmańskim i fajek wodnych, po wielkie tańczące lalki w sukniach ślubnych, biżuterię kiczowatą i mniej kiczowatą, chusty, dywany, mydła powidła; zjeść wszystko (po wcześniejszym zakupie, naturalnie, nic za darmo…): wszystko to, co na co dzień znaleźć można na każdym rogu każdej ulicy (tak, tak, na usługi gastronomiczne narzekać w Turcji nie wypada…) a także specjalne ramazanowe potrawy (jak nazywa się ten specjalny miękki „lizak” – skręcany z kilku słodkich „sosów” – osmański afrodyzjak? oczywiście zapomniałam…). Dorwałam nawet salep (przecież to już prawie zima… w ciągu dnia temperatura spada poniżej 30 stopni…) – wypiłam dwa kubki, jeden po drugim. Posypane porządną ilością cynamonu. Bardzo miły wieczór. I żadnych turystów wokół.
(…o rejonie Eyüp pisałam też zimą…)
Jedyny właściwy kolor (jeszcze przed 'dyskoteką')
Nie moje, ale byłam. Na dwóch. W ubiegły weekend. Wojskowe Fast-Wedding Sobotnie Fast-Wedding odbyło się w budynku należącym do tureckiej armii. Tata kolegi (anarchisty, przeciwnika wojska…) jest emerytowanym, wysoko postawionym wojskowym. Syn nie chciał nawet się żenić. Panna młoda podobno również (tata przyszłej małżonki nakazał – dziewczyna pochodzi z tradycyjnej, religijnej rodziny: mamy zatem przykład małżeństwa „ponad politycznymi podziałami”). Zgaduję, że wesele w wojskowej sali musiało być dla chłopaka dodatkową traumą (o pewnych DENERWUJĄCYCH MNIE ‘TRADYCJACH’ a raczej ULEGANIU RODZICOM innym razem. Teraz w końcu o weselu, więc powinno być sympatycznie). Dodatkowo pan młody NIENAWIDZI TAŃCZYĆ (raczej wyjątek wśród tureckich mężczyzn). Całe szczęście, że impreza trwała raptem trzy godziny (zmuszono go do tańca tylko raz – pozostałe liczne próby okazały się nieskuteczne). Kochani Moi. Cóż to był za wystrój. Biel, róż, fiolet. Kolory weselne. Poza tym: 100 osób (rodzina – około 40); zespół w klimacie discopolo (keyboard, stylistyka), z piosenkarką o dobrym, mocnym, choć nieco zawodzącym (tak widać lubi) głosie; dwa dania: pierwsze – takie kahvaltı tabağı, czyli tureckie śniadanie: ser biały, ser żółty, börek, czyli słone ciasto francuskie z czymś w środku, tym razem serem (mam nadzieję, że ten opis to nie profanacja ‘borka’), ogórek, pomidorek, rus salatası, czyli sałatka rosyjska (nasza jarzynowa, z dużą ilością kartofli i zdecydowanie zbyt dużą ilością majonezu); pewnie coś pominęłam; drugie – köfte, czyli mielone, kurczak, sucuk i ryż; torcik na koniec (mało kto jadł). Obsługiwali nas mili młodzieńcy odbywający swoją służbę wojskową (mieli szczęście w nieszczęściu „trafić” do Stambułu jako kelnerzy wojskowych. cudzysłów celowo: nasłuchałam się, że ci z ‘odpowiednich’ rodzin nie muszą martwić się o zesłanie na południowy wschód Turcji. oby była to rzadkość – wierzmy w jaką taką ‘równość’). Żadnych biesiadnych gier i zabaw integracyjnych. Raz, dwa. I po stresie. Love Boat To zupełnie inna historia. On – 29-letni, dobrze zarabiający inżynier. Rodzina z Gaziantep, obecnie mieszkająca w Stambule. Mama nauczycielka, tata inżynier. Dość zamożni. Ona – lat bodajże 28, studentka architektury. Tata fotograf, mama też coś z fotografią ma wspólnego. Rodzina stambulska. W poniedziałek wymyślili (młoda para, bez ingerencji ze strony rodziny), że wesele odbędzie się na łódce. We wtorek znaleźli odpowiednią. Ostatecznie zdecydowali się jednak dopiero w środę – wtedy też dokonali rezerwacji. Sądziłam, że to cudowna beztroska. Okazuje się, że wybór jest spory (podobno nie jest to aż tak droga impreza JAKBY SIĘ MOGŁO WYDAWAĆ). Nie pytałam o szczegóły. Nie muszę chyba rozpisywać się, jak wiele radości miałam z tego mini rejsu. Woda, wiatr, pierwszy most (dyskotekowy), drugi most. Kilkanaście statków mijanych po drodze (zgaduję, że głównie wesela). Oświetlone ruiny zamku. Mała rzecz, a cieszy. Zaczęliśmy o ósmej, statek zawrócił dokładnie o północy. Trochę bujało, bardzo wiało. Na górnym, odkrytym pokładzie, urocza światełkowa dekoracja. I pufy armut (moje ulubione ‘gruszki’). Kiepskie czerwone wino i dużo bardziej rozgarnięci kelnerzy (nie ujmując młodym żołnierzom). Muzyka. Zaczęło się od płyt (stary dobry znany rock) – koktajl na ‘górze’. Zaczęło mocniej wiać, gościom zakręciło się w głowach od bujania i alkoholu, ściemniło się – zeszliśmy na dół na ‘konsumpcję’. Wtedy zaczął też grać zespół (znajomi pana młodego): stary dobry mniej znany (mi) turecki rock. Po konsumpcji przegląd ‘regionalny’. Laz müzik (rejon Morza Czarnego), klimaty środkowej Anatolii, pobrzmiewająca bardziej z grecka muzyka z południowo-zachodniego wybrzeża, potem klimaty bardziej bałkańskie. Niezastąpiona Sezen Aksu i Tarkan (tu już nie regionalnie). W sobotę kolejne Turkish Wedding. Tym razem z dala od centrum, w bardziej ‘zalesionej’ okolicy, i – co najważniejsze – bardziej ‘tradycyjne’. ‘Niestety’, będę wtedy prawdopodobnie w kilkudniowej podróży…
akp: żółty (all Turkey) posłowie niezależni (w większości Kurdowie): niebieski (wschód) chp: pomarańczowy (zachód) mhp: fioletowy (południe) (źródło: www.ntv.com.tr) Odgrzewanie, bo niemal tydzień po czasie (wybory parlamentarne w Turcji, jak wszystkie grzeczne dzieci wiedzą, odbyły się 22 lipca). Parę uwag (niekoniecznie na miejscu). No alcohol ! W dniu wyborów obowiązywał zakaz sprzedaży alkoholu. Żeby po niebezpiecznym procentowym upojeniu nie oddać przypadkiem głosu na inną partię, niż się planowało (albo jeszcze bardziej nie namieszać…). Jak na złość, nie miałam przy sobie aparatu podczas wieczornych zakupów w supermarkecie Migros (nawet gdybym miała, pewnie nie ośmieliłabym się pstryknąć…). Stanowiska z alkoholem okryte były folią i pooklejane taśmą. Żeby się jakiemuś uzależnionemu nawet nie marzyło! Widok powalający. Dodaję – ostatnie głosy oddawano o 17, ale zakaz obowiązywał także później… Uzasadnienie? By na trzeźwo oglądać relację z wyborów w telewizji? (żeby się innych wyników nie dopatrzeć?). A może ta wiekopomna chwila wymaga powagi? A co z tymi, którzy zaopatrzyli się dzień wcześniej i zaszaleli w dniu wyborów? Ech, brak wyobraźni… Stygmatyzacja Głosujący byli „naznaczani” tuszem. Mazano im palec, by zapobiec ponownym głosowaniom. Przeczytałam w Turkish Daily News, że zdarzały się przypadki, gdy uczuleni na owy tusz wyborcy trafiali do szpitali. Nie wspominając już o tym, że tusz drogi. Z palca schodzi prawie tydzień, a z paznokcia nawet miesiąc. Jak twierdzą niektórzy – „wynalazek rodem z trzeciego świata” (tak napisano właśnie w owej gazecie). Adana (?) Moje „pierwsze tureckie miasto” głosowało masowo na MHP. Zwyciężyła tam, co prawda, jak w przytłaczającej większości kraju, AKP, ale ilość głosów oddana na nacjonalistów była zbliżona. W Mersin zwyciężyli. Nie do końca pojmuję. Jakoś sobie tłumaczę, że tam mieszanka etniczna, a jak się nie czuje wystarczająco swej „tureckości”, to w ten sposób można ją „potwierdzić” i „wyeksponować”. Eee, nie będę tworzyć na siłę teorii. Najpierw obowiązek, potem przyjemność Wybrałam się do centrum handlowego po większe zakupy do Migros’a. Nie znoszę centrów handlowych, ale tego dnia nastrój był niemal uroczysty (albo ja sobie tak wmówiłam). Tłumy niesamowite. Przyglądałam się ludziom bardzo dokładnie. Tacy jakby szczęśliwsi po spełnionym obowiązku obywatelskim. Zagłosowaliśmy, możemy zatem bez winy oddać się konsumpcji (ja musiałam kupić talarze i garnki, bo nie miałam.. i noż, bo plastikowy mi się połamał.. żadna tam dzika konsumpcja).
Jak powyżej. Co za uczucie, tak sobie centralnie na most spoglądać...
Już nie taka çok mutlu ( = bardzo szczęśliwa) zdaję relację z ostatnich dni (czyli smutnych losów bezdomnej). Druga średnio przespana noc. Burak ma miłe mieszkanie, ale potwierdza się, że na koty to ja mam chyba, niestety, drodzy państwo, uczulenie). Siedemdziesięcioletnia sąsiadka Buraka rozmawiała ze mną po bułgarsku (kilka słów nawet do mnie dotarło); trudno było przekonać ją, że mój turecki w porównaniu z bułgarskim wypada jednak lepiej… Burak mieszka w Çengelköy (przy Üsküdar) i ma boski, rewelacyjny, powalający wprost widok na Bosfor i ten cholerny migoczący most (to osobny temat… dopiszę na końcu, żeby mnie w tej chwili szlag nie trafił) Wczoraj zdrzemnęłam się kilka razy na biurku. Na biurku w biurze. Bo do biura wczoraj chwilowo wróciłam. Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, uznałam, że w biurze: - dużo nie wydam, bo herbata i woda za darmo; - Internet bezprzewodowy jest; (… tu właściwie powinnam się zatrzymać, bo cóż innego jest mi potrzebne do życia?) - mili ludzie są (miałam okazję pogadać z niewidzianą od dłuższego czasu Leną, która, niestety – wkrótce będzie się wycofywać do Niemiec… prędzej czy później – raczej prędzej – wszyscy się gdzieś ewakuują… i zostanę sama. sama. sama. sama… ale nie będę zmieniać tematu…) Dziś także planowałam drzemkę, wzięłam jednak swój komputer, mogę więc przez osiem godzin plumkać bez przerwy, i choćbym miała paść, nie oderwę się od tego zajęcia (po takiej przerwie!) Żywię maleńką nadzieję, że do biura wpadnie dziś Sevil (po dwutygodniowych wakacjach w Fethiye) Żywię jeszcze mniejszą nadzieję, że otrzymam jakiegoś mega ważnego maila, od którego zależeć może całe moje życie (piszę o sprawach zawodowych, naturalnie), dlatego co jakiś czas klikam w ikonkę Outlooka. I tylko spamy jakieś. Cholernie migoczący most Rozumiem, błękitne oświetlenie. Rozumiem, fioletowe oświetlenie. Zielone oświetlenie też jestem w stanie zrozumieć. Ostatecznie. Sama wkurzałam się na tych, którzy twierdzili, że „most wygląda teraz jak dyskoteka”. Niestety, w tej chwili przypomina kiczowatą wersję bożonarodzeniowej choinki. Światełka pulsują jak szalone: żółte, zielone, niebieskie, fioletowe i czerwone (pewnie jakiś kolor pominęłam) – fale, wężyki, zwykłe plum – plum i znów wężyk. Ponoć była nawet turecka flaga. Litości! (zdjęć oczywiście nie zrobiłam, zdjęcia miały być robione tego wieczoru, tyle, że tego wieczoru będę mieć inne widoki. Pewnie mniej fajne) Zdjęcia z Çengelköy właśnie
Nahıl z bliska Nahıl z bardzo bliska
Mam nadzieje, ze spelni sie zyczenie, ktore nabazgralam na chusteczce higienicznej i powiesilam na powyzszym "drzewku".
Hıdrellez to powitanie wiosny. Co roku w nocy z 5 na 6 maja na ulicy Ahırkapı w Stambule (i pobliskich uliczkach) odbywa sie uroczystosc z okazji pozegnania zimy, a zarazem spotkania na ziemi dwoch prorokow:
(w bardzo duzym skrocie): Hızır wypil "wode zycia". Wraca na ziemie kazdej wiosny, by rozwiazywac ludzkie problemy i... spelniac zyczenia...
... wlasnie. Poza drzewkami (bylo jeszcze jedno mniejsze) wykazano sie niezwykla kreatywnoscia, jesli chodzi o sposoby "na spelnianie zyczen". Na scianie jednego z budynkow wisialy na przyklad cztery przesciedla w roznych kolorach, z podpisami (po kolei):
Najwiecej osob wpisywalo sie przy... tak, tak - pieniadzach.
Najmniej - przy zdrowiu (szlachetne zdrowie...)
(... chyba najlepiej wybrac szczescie, szczescie wszystko "zalatwia"' prawda?)
ps. dobra wiadomosc dla leniwych - organizatorzy imprezy na stronie internetowej zapewniaja, ze zyczenia mozna wysylac takze droga mailowa......
Musze mieszkac nad morzem. Potrzebuje wody.
W poniedzialek Cocuk Bayrami , czyli turecki Dzien Dziecka. Trzydniowy weekend zobowiazuje. Marzy(l) mi sie jakis kiczowaty wypoczynek w Antalyi, ale na wodne eskapady jest jeszcze chyba za wczesnie. Poczekamy na upaly i pierwsze tlumy turystow.
Poza tym Angielce stuknie w sobote 30-tka. Trzeba hucznie uczcic to wydarzenie. Kolejna okazja do ucztowania beda wtorkowe urodziny Niemki. Kilka dni pozniej pozegnanie Angielki. Pare chwil potem POZEGNANIE AGATY.
Ciag dalszy wodnego watku. Wydalo sie, ze dawno, dawno temu zrobilam patent zeglarski. Kolezanka Turczynka podchwycila temat i planuje juz niemal rejs wokol Turcji. Zaczelo sie od polowu ryb - Sevil wspomniala, ze jej znajomi planuja wkrotce wedkarski weekend (ten sto lat temu zlowiony szczupaczek, ktorego wrzucilam od razu z powrotem do wody, nie moze byc chyba powodem do dumy i chwalenia sie...), a skonczylo na moich marzeniach odnosnie zycia na statku. Kupie stary jacht, odkurze, postawie nad Bosforem i otworze polska pierogarnie. A co.
Moje poniedzialkowe "zawodowe postanowienie" ("dwie aplikacje dziennie, a znajdziesz prace w Stambule") nie moze byc zrealizowane - po prostu nie ma gdzie.
W weekend testuje swoje umiejetnosci kulinarne. W roli glownej moja ulubiona turecka potrawa: YAGLAMA......
Jestem szalona. Wrocilam do Stambulu, a tesknie za Kayseri. Litosci.
Oczywiscie nie zrealizowalam zadnego ze swoich ambitnych planow (poza tym dotyczacym malowania pisanek) Zadnych spotkan. A juz tymbardziej dywanow.
Mam oferte pracy tymczasowej - lato w Antalyi. Nie tylko nie szukalam, ale tez napisalam kumplowi, ze nie jestem zainteresowana, a wlasciciel knajpy i tak wyslal mi milego maila zapraszajacego do wspolpracy. W sumie... socjolog powinien sprobowac w zyciu wszystkiego... A praca za barem zawsze wydawala mi sie najcudowniejszym sposobem na zarobek... Oczywiscie sie nie podejme. Ale pofantazjowac zawsze mozna...
Zawsze i wszedzie, ostatnio coraz czesciej i coraz milsze.
...... (kolejnym punktem powinny byc Podroze , ale nie da sie, no tym razem niestety nie da) ......
No i stalo sie. Musialam pojsc do wrozki. Przesadzam, moze nie tak szumnie... Poszlysmy z kolezankami do kafejki, w ktorej w cenie tureckiej kawy (7,5 lira) byla usluga wrozenia z fusow. Bylam bardzo sceptyczna i rozczarowana na wstepie. Zadnej starej Cyganki z bielmem na oku, siedzacej w swej malej chatynce z czterdziestoma kotami... Tylko jakas komercyjna knajpa i malolata-niby-wrozka. A tu mila niespodzianka... Niemka ma powazny problem sercow
Sąsiadka pokazał mu swoją chuda dupcię i małe cycuszki
Evita Pozzi obciąga i rżnie jak rasowa zdzira
Zachłystywanie się dużym kutasem

Report Page